Kanały:
Wpisy
Komentarze

Majówka.

Nareszcie ładna pogoda. Ciepło, również nocami. I takimi ciepłymi nocami zaliczyłem dwie nocki w pracy. Najpierw 11tka żelazkiem 670, potem 20tka – uwaga – składem Żurków 680+679. Ostatnich pasażerów widziano o godzinie 23, więc na Słonecznej zrobiłem mały sklepostop na stacji benzynowej. Tymczasowa zmiana trasy ma również swoje zalety. Udało mi się naprawić głośniczek, całą nocą leciało Anty.

Ciepła noc miała też sprzyjać wypadowi pod namioty. Oczywiście było inaczej ;) . Udało się zebrać ekipę, pojechaliśmy przyspieszonym “Rachowcem” do Rajczy i potem jeszcze kawałem z buta. Miejscowość nazywała się Soblówka. Pięknie położona i tylko szum Autosana tudzież innego Solbusa przerywał czasem tą sielankę. Samo miejsce trochę się zmieniło, ostatnia powódź zmyła drewniany bród prowadzący przez rzekę do polany, na której mieliśmy rozbić obóz. A woda w rzece była naprawdę zimna. Pani z miejscowego sklepu bardzo nas polubiła. “Dzień dobry, co podać? Hm, 20? Nie, za mało… 30 Żywców prosimy!”. Potem ognicho. A jeszcze potem nad górami przeszła dość mocna burza, ale zbyt wiele deszczu z niej nie było. Co niektórzy się bali^^. Coś nie mogłem spać, więc posiedziałem sobie jeszcze przy żarze… Drugiego dnia przed powrotem trochę się poszwendaliśmy, ale ostatecznie pojechaliśmy do Rajczy autobusem. I pociągiem do Katowic. EN57 z plastikami ;/

O, był też wypad rowerowy do Żarek. Całkiem z rana udałem się do Katowic, na Koszutkę i potem w dwójkę trasą Siemianowice – Dąbrówka – Żychcice – Dobieszowice – Sączów – Zendek – Woźniki – Cynków – Koziegłowy – Lgota – Żarki. Te Woźniki wyszły nieplanowo, droga, którą zaproponowały mapy google nie istniała, sporo nadłożyliśmy. Zamiast obiecanych 65km było 90. W Cynkowie zaczepił nas bardzo fajny pijaczek. Nie chciał ani fajek, ani 30 groszy na jabola. Chciał pogadać. Pozytywny gość. Po 4 godzinach dojechaliśmy na miejsce. Trochę odpoczynku. Powrót by KS. Elf z trudem pomieścił wszystkie rowery, było ich 12. Tak więc z przodu był mały ścisk, trzeba było robić manewry, by przepuszczać konduktorkę. Opłata za przewóz to tylko 4 zł.

Tak więc majówka upłynęła pozytywnie.

4:16 jest 840 do Kato, chyba wybiorę się na jakiś poranny Tour. Nie koniecznie “de GOP”, bo te ostatnio w dość dziwny sposób zamieniają się z GOP na Pologne. O, zabrakło jakiegoś Tour de Pologne. Ale to w sumie można nadrobić w pierwszy lepszy weekend. Może Łódź? Tak trochę symbolicznie i sentymentalnie.

 

Kocham życie!

 

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:

Ostatnio.

Miałem pisać w nocy, ale zasiedziałem się przy książce, a całkiem późną nocą – przy symulatorze.

Pozdrawiam twórcę Nokii C6. Spiesząc się na pociąg owa Nokia wypadła mi z kieszeni i wpadła do kałuży. Takiej “po kostki”. Ile czasu tam spędziła? Pewnie ze dwie, trzy sekundy, zanim zawróciłem i ją uratowałem. Pierwsza myśl – kurwa, po telefonie. Ale usunąłem wilgoć z powierzchni, w środku o dziwo nic naleciało, o dziwo – wszystko działa ;3

Tosia zaprosiła mnie na odjazdy. Miała być próba przemytu na teren spodka, dodam, że w rękawiczce, ale stwierdziliśmy, że nie ma co ryzykować, wypijemy to wcześniej. Owocowe wódki są fajne <3. Zdziwiłem się, gdy podczas przeszukania plecaka pan ochroniarz poprosił o zaniesienie aparatu do depozytu. W czym lustrzanka jest gorsza od zwykłych kompaktów? Jakiś debil pewnie wymyślił sobie, żeby ludzie nie robili zbyt dobrych zdjęć, albo może nie rzucali w innych obiektywami? No to zaniosłem. Spoczęliśmy w sektorze H, na samej górze. Doskonały widok na cały talerz, pogo w dwójkę t akie tam :3. “Do wódki i fajek najlepsze pieguski”. Na przerwie zdobyłem herbatę. Powrót do Zabrza by 7. I później miły spacerek. Dzięki ;*

Tak sobie pomyślałem, że trzeba skorzystać z kończącej się zimy i poszaleć. Wreszcie jest bezpośredni pociąg z Katowic do Szklarskiej. Kultowe “Karkonosze”. Trochę się tylko pokłóciliśmy o sens jazdy 1 klasą. Ale wyjaśniłem, że w takich nocnych rzeźniach, na dodatku w sezonie lepiej dopłacić. Nie pomyliłem się, skład był dość krótki – skromne 11 wagonów, i zaraz na początku nasza 1. Zdziwiłem się jeszcze bardziej, gdy okazało się, ze pociąg prowadzi EP09. W górach halny, odwilż. Na piesze wycieczki nie ma się co zapuszczać – 4 stopień zagrożenia lawinowego. Na stokach Szrenicy dużo śniegu. Nasza trasa zjazdowa o wdzięcznej nazwie Lolobrygida okazała się całkiem trafna. Długa, miejscami spadzista. Ludzi trochę mniej, niż się spodziewaliśmy. Później zrobiliśmy małą zamianę. Tzn narty vs. snowboard. Mój radosny krzyk “jak się tym hamuje”. Zbliżało się popołudnie, w Szklarskiej nie trudno o dobrą knajpkę. No to znaleźliśmy taką jedną, ale grzaniec do obiadu? Później partia w szachy. Wygrałem czteropak :D . Nam sam wieczór wybrałem się sam na oddalony o 40 minut Wysoki Kamień. 40 minut w lato, a warunkach zimowych zajęło to 10 minut dłużej. Mam taką fajną latarkę ledową, co by nie iść w ciemnicy. Nocna zimowa panoramka dała do myślenia. Góry oprócz stromizn, stoków mają w sobie coś takiego, że w pewnych okolicznościach dają ulgę, człowiek pozbywa się całej złości, która drzemie w każdym z nas.  Nie chciało się wracać. Drugiego dnia, moja karta uratowała nam tyłki. Bo okazało się, że wydaliśmy więcej, niż zamierzaliśmy. Skąd ja to znam? Tak, Real w Sosnowcu, lipiec 09. W planach była wycieczka szynobusem do Jakuszyc najwyżej położoną linią w Polsce. Jak na złość, tego dnia było KKA. Powrót do Katowic tym samym pociągiem, tym razem już z EU07. I wagony trochu lepsze :) . Dzięki!

Generalnie to czekam na wiosnę, na rower, na wycieczki, na beztrosko spędzony czas…

Dziś mam wolne, bo ostatnio dużo wolnego, może się ubiorę, zrobię smaczną jajecznicę, herbatę do termosu i wsiądę w jakiś pociąg. Tak, do dobry plan..

Mein land.

Huh. Sobota peerką po Jaworznie. Fajny autobus, brak wkurwiających ludzi. Cud miód.

Potem impreza w Krakowie <3 Ale już taka bardziej towarzyska. Poszliśmy do restauracji. Menu obfitości czyli kompot, “Zestaw obiadowy” – ziemniaki i sałatka ale bez mięsa i bigos. Zapytaliśmy o kebab – pani nas wyśmiała…

Więc uderzyliśmy do jednej z pizzerii na Kazimierzu. Fajne oświetlenie ulic – wszędzie rtęciówki.

Nigdy nie jadłem tak dużej (50cm), taniej (24zł) i dobrej (mniam) pizzy. Przyszła też ochota na general error mózgu i wylądowaliśmy w sympatycznej knajpce. Bardzo dobre pierwsze wrażenie – w starym stylu. Z wieży leci Coma i Strachy. Wódka przy świecach i zapachu kadzidła :D

To niebieskie smakowało najlepiej. Potem pamiętam tylko Düwaga na 10. Pani w kasie nie chciała mi sprzedać biletu 1 kl. do Katowic. Ból głowy. Kurczę… dalekobieżne pociągi śmigające nocami mają w sobie coś takiego magicznego, zachęcającego do podróży. Ciężko oczy zmrużyć. Czyli znów wycieczka ^^

6220 kurza mnie coraz bardziej. Jak nie krótko  żyjąca bateria, to migająca ikonka wiadomości i zawiasy. Chyba pora pomyśleć o czymś nowym, może nawet i dotykowym. A co mi tam.

Kto z tego napięcia pierdolnie ze szczęścia?

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:

Tour de Zagłębie.

Co u mnie?

5310 mnie rozbraja. Dosłownie. Dziś zawiesiły się wibracje. I telefonik tak sobie wibrował w kółko^^.

W piątek odwiedziłem ZUR i trafiłem na jazdę próbną składu mongolii 680+679. Muszę przyznać, że prezentują się ciekawie. Znaki na niebie i ziemi mówią, że wagonów nie rozłączą.

Sobota upłynęła pod znakiem ładnej pogody. Wymyśliłem więc spontaniczny wypad. Pośpiechem dotarłem do Dąbrowy Górniczej, gdzie wsiadłem do Ikaruska na 175. Ten wywiózł mnie na sam kraniec GOPu. Bardzo fajne tereny.

Trzebiesławice.

Podbuczyna.

Później dziwną i długą drogą przez Karsów doszedłem do Gołuchowic, gdzie miał się pojawić 637 do Dąbrowy. Przyjechał śmieszny MAN NL262. Generalnie większym heblem nie jechałem. Poza tym, że mocno szarpał, wycieraczki były przymocowane opaskami zaciskowymi, drugie drzwi swobodnie latały w czasie jazdy a fotokomórki były zapchane papierem toaletowym. Jako wisienka na torcie można dodać, że nie działał żaden kasownik – kierowca wypisywał bilety długopisem. Potem mały deszcz, ale zdążyłem się schronić na przystanku. Kupiłem, za całe 9 złociszy atlas GOPu – będzie jak znalazł na następne wycieczki :) . Miałem jechać z kimś, ale jak widać, dla niektórych są rzeczy ważne i ważniejsze, więc po co czekać na “obietnice”?

A co u Ciebie?

Marzec -> Kwiecień

Nastała moja ulubiona pora roku, czyli wiosna. Dobrym pomysłem na jej przywitanie była wycieczka w góry, którą  zrealizowaliśmy 22 marca. Pobudka wcześnie rano, marsz na przystanek. O 3:08 miał być tramwaj, a o 3:15 dalej stałem z założonymi rękami. Przyjechał. Pierwszy raz bałem się jechać z katowickim motorniczym. O 3:21 przesiadka na T6, w Chorzowie wsiadła A. W Katowicach o 3:50. Niby dużo czasu, ale trzeba było jeszcze dotrzeć na dworzec, kupić bilety, czekoladę i dotrzeć na peron. Ja kupowałem bilety, Aga kopała w automat z napojami. Kibel w wersji full plastik. Nie wiem co było gorsze, przeraźliwe zimno czy niewygodne fotele. Chyba jednak to pierwsze, bo udało nam się trochę zdrzemnąć. Obudziliśmy się w Bielsku. dużo śniegu, boli mnie kark, i naaaareszcie ciepło. Za Żywcem śnieg zaczął znikać. Inwersja termiczna? O 7 dojechaliśmy do Zwardonia. Niebieskim szlakiem do Ochodzitej. Po 15 minutach zdejmujemy kurtki, co jest dobrym znakiem, wróżącym słoneczną pogodę do końca dnia. Szlak oblodzony. Ale co niektórzy, założyli sobie zwykłe adidaski i dali nura w glebe :P Mapy kłamią. Doszliśmy 30 minut szybciej, niż pisało. Tam chwila relaksu na zboczu Ochodzitej, panorama Beskidu Żywieckiego, nawet Babią było widać. I coś w rodzaju śniadania. Bo poco wstać o 2:30 i jeść, skoro można wstać o 2:40 i zjeść w trakcie wycieczki. Potem spacer w  kierunku Koniakowa, odbijamy na Istebną, gdzie zahaczyliśmy o karczmę (ryba+ryż vs. szaszłyk+bratkartofle). Długi spacer do Jaworzynki. Foty, foty, foty i znaleźliśmy się na samym cypelku RP. Tam znów lenistwo na trawie. Dzień zbliżał się ku końcowi, czas zwijać manele i złapać pekaesa do Wisły Głębce. Autosan H10-11.09. (Pomijam, że wcześniejszym nie jechaliśmy, bo była taka brzydka renówka, która Adze bardzo przypadka do gustu). Orgazm, dawno takim fajnym Autosanem nie jechałem. Ale w Wiśle było jeszcze trochę czasu, więc przypadkiem nieprzypadkowo zaszliśmy do Łabajowa. W Głębcach na stacji pustki i kartka informująca o tym, że stacja nie obsługuje osób niepełnosprawnych. XXI wiek. Przyjechała nasza ciuchcia, 20 minut przed odjazdem do Katowic. I znów plastiki. Ja obudziłem się w Katowicach. Tam się też rozstaliśmy. Ale to nie koniec dnia, trzeba było zaliczyć swoją nockę. Żeby nie było nudno, Jolka poprosiła o sholowanie zdefektowanej dziewiątki z Nowego Bytomia. Były problemy,  sprzęgi coś nie chciały współpracować, ale nastawiacz je przekonał. I dalej nie czułem zmęczenia, jedynie sen. Przed 6 w domu. Tylko jedna kawa i już nie spałem. Co potem? No, potem przyjechał kurier, wraz z moim nowym rowerem! I tak sobie zacząłem jeździć (Pierwsza setka padła w 3 dni). Wraz z Jaclavem zwiedziliśmy Kończyce, choć jechaliśmy do Makoszów. Później się szcigaliśmy naszymi bolidami. Fajnie było. No, a w niedziele bardzo polonezowa wyprawa do Żarek. Ognisko, kiełbaski… Spacerek po torach kolejowych. Ah, jak to głupio brzmi, bo to przecież zacny szlak w kierunku Częstochowy i Łodzi. No właśnie, dawno tam nie jechałem, ale przypomniała mi się wyprawa do Łodzi z lipca `09, więc takie też zdjęcie zapodałem dziś na fbl`a. Pozostaje mi podziękować wszystkim, z którymi przywitałem wiosnę ;) .

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.